Falstart Młotów. Liverpool 4:0 West Ham

Nie tak wyobrażaliśmy sobie otwarcie tego sezonu. Niestety po ekscytującym okienku transferowym, dość szybko musieliśmy zejść na ziemię. Podopieczni Manuela Pellegriniego przegrali w pierwszej kolejce Premier League z Liverpoolem FC 0:4. I choć wynik być może nie jest jakimś ogromnym zaskoczeniem (bukmacherzy nie dawali nam szans przed tym spotkaniem) tak brak pomysłu na grę w ataku i kardynalne błędy w obronie już mogą martwić.

Przyjemnie było popatrzeć na skład Młotów na mecz z Liverpoolem. Mocna pierwsza jedenastka i kilka asów w rękawie na ławce. Na papierze wyglądało to wyśmienicie. W pierwszym składzie mieliśmy aż 5. debiutujących piłkarzy. W bramce od pierwszych minut zagrał Łukasz Fabiański.

Pierwsza groźna akcja miała miejsce w 8. minucie meczu. Salah dobrze podał do Firmino, ten był w idealnej pozycji by uderzyć, jednak zza pleców wybiegł mu Michail Antonio i wybił piłkę.

W pierwszym kwadransie gry gospodarze postraszyli jeszcze dwukrotnie. Młoty nie bardzo umiały odpowiedzieć na dominację gospodarzy, jednak broniły się dzielnie. Niestety nasza obrona posypała się po raz pierwszy już w 19. minucie.

Na skrzydle zupełnie niepilnowany był Robertson. Dostał dobrą piłkę i mocno dośrodkował w pole karne. Tam dobrze odnalazł się Salah, dołożył nogę i zdobył pierwszego gola.

Kilka minut później mogło być 2:0 po strzale Arnolda z rzutu wolnego. Piłka pięknie leciała w stronę bramki, jednak efektowną paradą popisał się Fabiański.

W 27. minucie meczu mieliśmy pierwszą groźną sytuację piłkarzy West Hamu. Angelo Ogbonna zagrał długą piłkę do przodu. Futbolówkę dobrze opanował osamotniony z przodu Arnautovic i popędził w stronę bramki, uderzył, jednak po rykoszecie piłka wyleciała na rzut rożny. Z wolnego dośrodkowywał Anderson, głową uderzał jeszcze Balbuena ale bramkarz Liverpoolu nie dał się zaskoczyć.

Trzy minuty później ponownie przed szansą stanął Arnautovic. Tym razem akcję Młotów rozpoczął… arbiter spotkania. Sędzia przytrzymał niechcący piłkę tuż przed polem karnym The Reds, wykorzystał to Antonio, który podał prostopadle do dobrze ustawionego Arnautovica. Napastnik niestety i tym razem nie dał rady pokonać bramkarza LFC.

Drugi gol dla gospodarzy padł w doliczonym czasie gry. Znów ze skrzydła podawał Robertson, piłka poleciała głęboko na długi słupek, tam dopadł do niej Milner, zdołał jeszcze dośrodkować do dobrze ustawionego Mane. Ten z najbliższej odległości zdobył drugiego gola. Niestety nasza obrona zachowała się w tej sytuacji bardzo słabo, już po raz kolejny założyliśmy nieudaną pułapkę offside’ową.

Na drugą część meczu weszliśmy w nieco zmienionym składzie. Za Declana Rice’a (bardzo mierny występ, podobnie jak dwóch innych zawodników ze środka pola – Marka Noble’a i Jacka Wilshere’a) wszedł Robert Snodgrass.

Szansę na zdobycie gola kontaktowego mieliśmy w 49. minucie. Snodgrass dobrze podał z rzutu rożnego, piłkę przedłużył Felipe Anderson, Antonio był nieco zaskoczony podaniem i w dość ekwilibrystyczny sposób próbował skierować piłkę do bramki. Niestety piłka poszybowała wysoko nad poprzeczką.

W 53. minucie mieliśmy już 3:0. Zamieszanie przed naszym polem karnym, Firmino zagrał prostopadłą piłkę do wysuniętego Mane, ten pewnie skierował piłkę do siatki. Powtórki wyraźnie pokazały, że był spalony, jednak sędzia uznał gola.

W dalszej części meczu na boisku pojawili się Chicharito (za Andersona) i Yarmolenko (za Arnautovica). Niestety nie przyniosło to poprawy w naszej grze. Co więcej – w 88. minucie meczu gospodarze postawili kropkę nad “i” i dołożyli czwarte trafienie. Dośrodkowanie w pole karne, piłkę źle głową wybija Sniodgrass, ta trafia prosto do Daniela Sturrodge’a, który radzi sobie z Fredericksem i wpycha piłkę do bramki.

Przegrana z Liverpoolem na wyjeździe to żadna niespodzianka, jednak martwi nieco brak pomysłu na grę z przodu i szkolne błędy w defensywie. Zespół jest mocno przebudowany, miejmy nadzieję, że to tylko złe dobrego początki i Manuel Pellegrini już niedługo zbuduje we Wschodnim Londynie dobrze funkcjonującą drużynę.